Felieton: Dlaczego nienawidzę Arsenalu.
Zapytacie jak można nienawidzić Arsenalu będąc jednocześnie jego zagorzałym fanem. Otóż można. Ja Arsenalu nienawidzę z wielu powodów. Z resztą, jestem przekonany, że czytając ten felieton, po części przyznacie mi rację. Przypominając sobie chociażby swoje własne przeżycia i sytuacje związane z Kanonierami. Postaram się zawrzeć większość tego, co chcę przekazać w trzech niedługich rozwinięciach.
Pierwszym z powodów mojej apatii jest natłok ze strony mojego kochanego klubu. Nienawidzę czasami tego, że będąc z dziewczyną, znajomymi czy w gronie nowo poznanych ludzi, wciąż mam ze sobą Arsenal. W dniu meczu, przed meczem, po meczu - zawsze w kółko o jednym. Zaprząta mi to głowę, nie daje skupiać się na rzeczach istotnych. Obrażam się, gdy ktoś skrytykuje Armaty, albo poruszy drażniące mnie tematy np. kontuzji w zespole lub braku skuteczności. Zawsze znajduję, jakąs ripostę, niekoniecznie pomagająca w relacjach międzyludzkich. W pracy mam wielkiego fana Barcelony, który zawsze potrafi mnie rozdrażnić tekstem „Jak tam Arsenalek?”. Akurat wtedy, gdy dostajemy w przysłowiowy tyłek od niżej notowanych rywali. Druga sprawa, że najbardziej na świecie nienawidzę Barcelony, ale na to musiałbym poświecić cały nowy felieton i raczej bez happy endu. Kubek Arsenalu, dzwonki na telefonie, fan chants w samochodzie, koszulki i ciągłe polowanie na gadżety. Nie ma dnia, żeby moje życie prywatne nie było w jakiś sposób powiązane z Arsenalem.
Sprawą kolejną jest to, iż od postawy Kanonierów zależy czy będę miał dobre popołudnie, dzień lub tydzień. Po przegranym meczu z United chodziłem markotny przez 6 dni. Po wielu obietnicach klubowych członków, tj. trenera, prezesów i zawodników, gdy roszczę sobie prawa do nadziei, a mecz jest przegrany, lepiej nie zbliżać się na kilometr, bo rozszarpię. Moja dziewczyna, (choć teraz staram się tego tak nie okazywać, właśnie ze względu na Nią) wiedząc, że Arsenal przegrał, zazwyczaj dzwoniła żeby wybadać moje samopoczucie i zadecydować czy mam do niej przyjechać, czy lepiej bym siedział w swoim domowym zaciszu, by nie musiała znosić mnie, jako marudy. Gdy wygrywamy chodzę cały w skowronkach i jestem w stanie przenosić góry, napełniony optymizmem i brakiem zdrowego rozsądku. Potem niestety spadam znów na ziemię, po remisie w teoretycznie wygranym spotkaniu.
Recz trzecia to nienawiść do przegrywanych meczy. Nie tych zwykłych, bo to wpisane jest w futbol, ale do tych przegranych frajersko. Do tych, które zaprzepaszczają nam szanse na jakiekolwiek perspektywy względem trofeum czy prestiżu. Ciągłe lanie od Barcelony w Lidze Mistrzów, (choć w meczu z kartką dla Robina, gdyby nie zadziałało UEFA protected, moglibyśmy wygrać), przegrany finał z Birmingham, blamaż z Manchesterem, „dawanie ciała”, gdy inni rywale w wyścigu o wygranie ligi, remisują lub przegrywają. Do tego dochodzą kontuzje, niezliczone, co sezon, oraz brak rotacji w składzie. Nienawidzę tego. Niestety w Arsenalu to norma, jak to, że w zimie jest zimno.
Męczy mnie bycie kibicem Kanonierów, oj męczy. Smutku jest niewspółmiernie wiele do radości. Dzień w dzień, od 7 lat ciągnie się za mną to fatum, z kolejną dobą nasilając się coraz bardziej. Nienawidzę Arsenalu i będę nienawidził do końca swoich dni. Do póty, do póki będę jego wiernym jak pies fanem. Za to, co robi z moim życiem prywatnym, z moim umysłem, z pogoda ducha i z moim sercem. Tak na prawdę najbardziej nienawidzę Arsenalu za to, że tak bardzo go kocham.
Autor: Daniel Janiszewski.
Pozdrawiam i zachęcam do odsłuchania mp3 w artykule:)










"Van Persie i Manchester City? To pytanie nie może istnieć, ponieważ nie można zakontraktować ot tak nikogo z obowiązującym kontraktem." 































