Po krótkiej przerwie mamy przyjemność zaprezentować Wam kolejny wywiad ze znaną osobistością ze świata futbolowo - dziennikarskiego. Tym razem na nasze pytania zgodził się odpowiedzieć były zawodnik Legii Warszawa, a obecnie dziennikarz i komentator Canal +, Marcin Rosłoń. Serdecznie zapraszamy do przeczytania.
Gunners.com.pl: Jak zaczęła się Pana przygoda z Canal + i komentowaniem meczów? Czy był to przypadek, czy raczej w pełni świadomy wybór?
Marcin Rosłoń: Jesienią 2000 roku byłem studentem dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego i piłkarzem Legii. A dokładniej zawodnikiem pierwszego zespołu, a piłkarzem rezerw. Trenowałem w kadrze jedynki Legii, ale mecze rozgrywałem o mistrzostwo III ligi. Miałem świetny kontakt z ówczesnym prezesem klubu, Markiem Pietruszką, zawsze żartowaliśmy, lubiliśmy pogadać na każdy temat, nie tylko piłkarski. Marek Pietruszka regularnie witał mnie na korytarzu słowami: „O, idzie Marcin, przeciętny piłkarz obdarzony nieprzeciętną inteligencją”. Było sporo śmiechu i sporo prawdy w tym zdaniu. Pewnego dnia rozmawialiśmy o studiach i moich planach dziennikarskich. Od słowa do słowa Marek Pietruszka obiecał mi pomoc w uzyskaniu stażu w redakcji sportowej Canal +. Dostałem numer do Janusza Basałaja, szefa Działu Sportu w C+, zadzwoniłem w piątek, otrzymałem krótką, rzeczową instrukcję, że mam przyjść w poniedziałek na rozmowę o godzinie 11:00 i tyle. Porozmawialiśmy kwadrans, okazało się, że nie byłem aż tak anonimowym zawodnikiem Legii dla Janusza Basałaja, więc zostałem na czas bliżej nieokreślony. Ten mój genialny staż nadal trwa, a po drodze trafiło się jeszcze przeciętnemu Rosłoniowi Mistrzostwo Polski z Legią w 2006 roku, mój piłkarsko – dziennikarski mandat na całe zawodowe życie.
GCP: Czy komentowanie meczów może się kiedykolwiek znudzić? Miał Pan kiedyś taki okres, że stawało się to rutyną?
MR: Każda praca to powtarzalność, ale moja powtarzalność ogranicza się do tego, że w każdy weekend jest mecz Premier League, a właściwie kilka, każdy z nich z założenia trwa 90 minut, grają dwie jedenastki, są sędziowie, kibice i pękający w szwach stadion. I tutaj powtarzalność się kończy. Zaczyna się coś magicznie niepowtarzalnego. Czysta gra, wielka niewiadoma, kto, jak, kiedy strzeli, obroni, sfauluje, zmarnuje, zaskoczy, uniesie, wyrwie albo wbije w fotel. Nie każdy mecz porywa, są spotkania zwyczajnie nudne. Ale w większości kryje się wielka tajemnica i ja pragnę ją odkrywać. Ja uwielbiam piłkę nożną jako grę, dyscyplinę. Szukam pomysłu w akcji, podaniu, stałym fragmencie. Szukam pasji i rzeczy nieszablonowych. Wiem jak trudno wiele rzeczy zrobić na boisku, dlatego trochę inaczej patrzę na błędy i nieudane zagrania. Inaczej też patrzę na robotę sędziów, ale jestem zdecydowanie za wsparciem zapisem wideo.
GCP: Jak ocenia Pan obecny stan przygotowań polskiej reprezentacji do Euro 2012? Co Pan sądzi o naturalizowaniu piłkarzy?
MR: Jestem zdeklarowanym zwolennikiem szukania młodych chłopców wszędzie, w całej naszej wielkiej i pięknej Polsce dla klubów ekstraklasy i reprezentacji. Wolę ciut słabszego wychowanka od europejskiego średniaka. Potrafię jednak docenić piłkarzy zagranicznych, którzy podrywają naszą piłkę poziom wyżej. Ljuboja, Rudniew, Stilić, Melikson, kilka nazwisk. Roger, z którym grałem w Legii to genialny piłkarz, ale miałem mieszane uczucia odnośnie gry Brazylijczyka w naszej kadrze. Wcześniej podobnie było z Emsim Olisadebe. Ale jak już widziałem ich na boisku z orzełkiem na piersiach, to ściskałem za nich i za wynik reprezentacji kciuki. Znam trendy w światowym futbolu, wystarczy zerknąć w skład Niemców, to nie jest jednak dla mnie ważny argument. Jestem za otwieraniem, a nie przymykaniem furtki do kariery każdemu polskiemu juniorowi. Mamy ich bardzo wielu, trzeba chcieć poszukać, trzeba mieć odwagę, żeby dać im szanse. Odwdzięczą się na pewno.
Nasza reprezentacja przygotowuje się swoim trybem, czasem błądząc, czasem trafiając w przygotowaniach w sedno. Ale taka nasza rola w Europie, nie my stawiamy warunki, musimy się podporządkować. Wierzę w sukces podczas EURO i wiem, że za taki trzeba uważać każdy nasz dobry, najchętniej zwycięski mecz. Należę do ludzi skażonych wygrywaniem, ale jest we mnie też spory pierwiastek człowieka, dla którego istotny jest styl, jakość. Umiem to dostrzec, niekorzystny rezultat nie przysłania mi całości.
GCP: Jak Pan uważa, czy Euro 2012 pomoże w rozwoju polskiej piłki nożnej i już niebawem będziemy oglądali coraz więcej Wojtków Szczęsnych i Robertów Lewandowskich w najlepszych klubach Europy?
MR: EURO już pomaga, na każdym kroku. Nowe drogi, orliki, bazy, stadiony, knajpy, ciekawe transfery. Jednak organizacja wielkiej imprezy to jedno. Ważne jest też życie po niej. Entuzjazmu nie można zmarnować. Zbudowanych struktur też nie. Trzymam kciuki za podwórkowe, szkolne, gminne, klubowe i reprezentacyjne piłkarskie inicjatywy. Właśnie z nich wyrastają wielcy piłkarze. Dzieci trzeba zarazić piłką jako grą, a nie samonakręcającym się biznesem. Nieważna koszulka Messiego, buty CR7, ważne, żeby umieć zrobić z piłką połowę tego, co oni. Tak to widzę.
GCP: Nawiązując do futbolu w angielskim wydaniu, projekt o nazwie „Manchester City” jest według Pana na lata, czy może brak awansu w Champions League to początek upadku szejków?
MR: Dwa sezony temu zgadzałem się z sir Alexem Fergusonem, że mistrzostwa nie da się kupić. Potwierdziły to końcowe rezultaty i rozstrzygnięcia w Premiership. 250 milionów funtów na transfery wydanych przez samego Marka Hughesa - to nawet się w głowie nie mieści. Ile dobrego można za to zrobić na świecie... Oglądałem niedawno film na faktach pod tytułem „Moneyball”. Chodzi niby o piłkę bejsbolową, lecz głównie o zasady rządzące amerykańskim rynkiem sportowym na początku XX wieku. Brad Pitt zagrał menedżera, który po niepowodzeniu jednego z biedniejszych klubów w lidze, traci trzy największe gwiazdy i nagle zupełnie zmienia punkt widzenia na temat budowy zespołu i transfery. A wszystko przez spotkanie z jednym, grubym ekonomistą, fanem bejsbolu, ale z innej perspektywy. To otwiera oczy na wiele spraw pobocznych, ale też i głównych, których nie dostrzegamy, będąc w epicentrum zdarzeń, będąc ich animatorem, częścią składową. Polecam, także pod rozwagę piłkarskim menedżerom. Na City patrzę już teraz inaczej. Jak na gotowy do wielkich osiągnięć klub. Na pewno nie na miarę równorzędnej walki z Barceloną, bo to niedościgniony piłkarsko, historycznie i markowo fenomen, lecz z każdym innym już tak. Przepadam za Davidem Silvą, jego geniusz sprawia, że cieplej patrzę od razu na całą resztę Obywateli z Etihad Stadium, włącznie z Mario Balotellim. Na pewno nie chciałbym być selekcjonerem reprezentacji Hiszpanii. Silva, Iniesta, Xavi, Xabi Alonso, Mata, Fabregas, kogo odrzucić, niby czemu?
GCP: Czy Liga Mistrzów straci na atrakcyjności z powodu szybkiego odpadnięcia obu zespołów z Manchesteru?
MR: Zyska Liga Europy, to pewne. A Liga Mistrzów sobie poradzi bez United i City. Już za parę tygodni zelektryzują nas dwa angielsko – włoskie starcia, Arsenal – Milan, Chelsea – Napoli. Nie ma powodów do zamartwiania się na zapas.
GCP: Arsenal zmagał się na początku sezonu z problemami różnej natury. Wielu skreśliło ten zespół z walki o mistrzostwo oraz jakiekolwiek inne trofeum. Tymczasem, będący w kryzysie Arsenal wyszedł z grupy LM, mając w niej wicemistrza Francji, mistrza Grecji i Niemiec, a Manchester United, mistrz Anglii, nie wyszedł z bardzo prostej, zdawałoby się, grupy. Czy zmieniło się podejście do Kanonierów? Czy uważa Pan, że są w stanie coś w tym sezonie wygrać?
MR: Nie umiem jednoznacznie ocenić Arsenalu. Jako klub uważam go za perfekcyjnie funkcjonujący, wciąż opierający się kosmicznym tygodniówkom, niby wielki, ale przyjazny otoczeniu. Pewnie też inaczej postrzegam Arsenal przez przyjaźń z Łukaszem Fabiańskim. Wiem bardzo dużo o zasadach, którymi kieruje się od lat Arsene Wenger. Wybaczam Francuzowi wiele potknięć, zauważam powody, genezę ich powstawania, nawarstwiania się. W grudniu nagrałem z Łukaszem i Wojtkiem Szczęsnym wywiad w formie wycieczki po ośrodku treningowym The Gunners. To ekskluzywna wyprawa, rzadko kto, nawet z Arsenal TV tak swobodnie może zajrzeć niemal wszędzie. Poza pokojem Bossa oczywiście. ;-)
Wenger ma niesamowity autorytet, czuć to na każdym kroku, w każdym słowie pracowników. Słowo „Boss” brzmi tak samo godnie w ustach tych, którzy zarabiają 300 funciaków, piorąc ubrania, jak i tych, którzy kopią piłkę za kilkadziesiąt tysięcy tygodniowo. Nie dziwię się, Wenger stworzył przecież fenomenalny klub. Wiele podstawowych spraw jest do przeszczepienia wszędzie. Wiadomo, 11 boisk treningowych to na razie marzenie ściętej głowy w Polsce, ale już zmiana obuwia, dobra kuchnia, porządek w szatni i planie zajęć, budowanie więzi z klubem, to kosztuje niewiele pieniędzy, czasem zwyczajnie sporo chęci. Grunt to zasady, a tych w Arsenalu się przestrzega.
Wydaje mi się, że Kanonierzy nie podbiją Europy w tym sezonie. To moje przeczucie. Na boisku coś nie trybi. Po kontuzji Jacka Wilshere’a i zwłaszcza odejściu Cesca Fabregasa brakuje według mnie podobnej jakości w środku pomocy. Cesc strzelał dużo goli, potwierdza to w Barcelonie, Mikel Arteta to inny typ pomocnika. Fabregas, Nasri, Clichy to piłkarze, których nie da się zastąpić w jednym okienku transferowym. Wenger ich najpierw kreował, uczył, odchodzili jako świetni piłkarze. Za duże straty na sukcesy w tym sezonie.
GCP Jakie ruchy w zimowym okienku transferowym powinien poczynić Arsene Wenger? Kogo sprzedać? Kogo kupić?
MR: Arsenalowi potrzeba środkowego obrońcy, stąd zainteresowanie Sambą z Blackburn. Ja polecałbym Leightona Bainesa z Evertonu na lewą obronę, to mój ulubiony left back w Anglii. Nie przepadam za Ashleyem Colem, pewnie ma na to wpływ trudny sposób bycia i fochy strojone na boisku przez piłkarza Chelsea. Na pewno pilnie poszukiwany jest klasowy rozgrywający na miarę Davida Silvy, Luki Modricia lub Juana Maty. Silva ma 11 asyst w 21 kolejkach, z nim za plecami Robin van Persie miałby w kieszeni Złotego Buta. W bramce jest spokój. Wypożyczenie Vito Mannone raczej jest sygnałem dla Łukasza Fabiańskiego, że Arsene Wenger niespecjalnie chce się go pozbywać w najbliższym półroczu. Trzeba zatem walczyć z Wojtkiem o pierwszy skład. Life hurts! W końcu to najlepsza liga Świata!
GCP: Robin van Persie jest obecnie w życiowej formie, zdobywa bramkę za bramką. Czy nie uważa Pan, że jest on nieco niesprawiedliwie pomijany w sprawach nagród dla piłkarzy? Mowa tutaj przede wszystkim o nominacjach do Złotej Piłki. Kto według Pana powinien otrzymać tę prestiżową nagrodę i dlaczego?
MR: Chyba zdezaktualizowało nam się to pytanie. Dla mnie najlepszym piłkarzem świata jest Andres Iniesta. Geniusz i miły człowiek. Ja lubię gwiazdy, ale takie nie wprost jak Leo Messi. A Robin van Persie zasługuje na wielkie uznanie. Tyle goli w kalendarzowym 2011 roku nie strzela się zbyt często. Powinien być na podium. A na pewno w jedenastce FIFA, zamiast Wayne’a Rooneya.
GCP: Thierry Henry zadeklarował ostatnio, że chciałby kiedyś zastąpić Arsene'a Wengera na ławce trenerskiej Arsenalu. Jak podoba się Panu ten pomysł? Czy legenda tego klubu sprawdziłaby się jako menedżer?
MR: Najpierw Henry powinien terminować u Wengera jako asystent. Bycie menedżerem po zakończeniu piłkarskiej kariery, nawet tak wielkiej jak ta Henry’ego, to banalna sprawa tylko z pozoru. Relacje z piłkarzami ulegają zmianie, trzeba egzekwować, podejmować niepopularne decyzje, mieć trafione transferowe wybory. Do tego trzeba ogarnąć całe boisko, a nie tylko swoją strefę. Spokojnie, Wenger na razie na emeryturę się nie wybiera. Jeszcze za jego kadencji wspomnimy poprzednich „The Invicibles” z armatą na piersiach!










"Przegrywamy i wygrywamy wspólnie, a teraz chcecie, bym obwinił jednego zawodnika? Nie zrobię tego." 



























