Dzisiaj jest sobota, 19 maja 2012 roku
on-line: 49
http://footballteam.pl/index.php?partner=ARS

Podsumowanie - rok 2011

31.12.2011, 14:48 / fkobi14

Komentarze:
6
A A A

Przed nami ostatnie godziny 2011 roku. Roku dla nas, dla Kanonierów, bardzo specyficznego, zaskakującego. Szereg zmian, bolesnych porażek, wielkich zwycięstw. Pokrótce, 365 dni mieniących się barwami nadziei i rozpaczy, wiary i bezsilności, miłości i nienawiści. Oto Arsenal. Arsenal z drugiej połowy sezonu 2010/11 i z pierwszej 2011/12.


Dobra prognoza


Z tym właśnie rozpoczął jeszcze bieżący rok. A dobrą prognozą było mianowicie w ostatnich dniach 2010 roku wspaniałe zwycięstwo w meczu z Chelsea na Emirates Stadium (3-1). Wygrana była tym piękniejsza, ponieważ ostatni raz z The Blues Kanonierom udało się wygrać dawno, bo 6 spotkań wcześniej między tymi drużynami. Było to w sezonie 08/09 na Stamford Bridge (1-2) po dwóch bramkach Robina van Persiego. Później humory trochę podupadły. Przed zbliżającym się sylwestrem, na DW Stadium z Wigan (2-2) udało się jedynie wyrwać jeden punkt. Było to tym bardziej rozczarowujące, gdyż wygrana mogła dać Kanonierom pierwsze miejsce w tabeli. Lider, Manchester United, wtedy też się potknął. Z Birmingham (1-1). Druga pozycja w tabeli była jednak i tak przyjmowana z wielką uciechą. The Gunners realnie bili się o mistrzostwo. Realnie – tego słowa brakowało chyba najbardziej w ostatnich latach Kanonierom...


Styczeń, czyli nerwowo w krajowych pucharach


Przechodząc do sedna sprawy. Jak zaczęliśmy ten rok? Od wygranej na wyjeździe z Birmingham City (0-3). Był to czas Samira Nasriego, który otrzymał w grudnia nagrodę piłkarza roku 2010 we Francji i wyróżnienie za ten właśnie miesiąc dla najlepszego piłkarza Premier League. Wtedy również zaczęło się świetne pasmo strzeleckie van Persiego, które trwa po dziś dzień.
Styczeń – czyli czas zakupów. Wszyscy domagali się transferu nowego obrońcy, ponieważ Vermaelen od dłuższego czasu był kontuzjowany, a nie zapowiadało się by jego powrót szybko nastąpił. Dużo mówiło się Sambie z Blackburn czy Cahillu z Boltonu. W zimowym okienku do Arsenalu miał również trafić Alex Oxlade-Chamberlain, ale ten i pozostałe transfery spaliły na panewce. Parę środkowych obrońców wtedy tworzyli głównie Koscielny z Djourou i dobra postawa obu panów zapewne sprawiła zimową stagnację na rynku transferowym (zresztą, nie pierwszą) popularnego Bossa. Następnym rywalem w lidze był Manchester City. Po absolutnej dominacji Kanonierów mecz jakimś cudem zakończył się remisem (0-0). Po The Citizens czekały na The Gunners krajowe puchary. Wylosowali oni Leeds United w Pucharze Anglii i Ipswich Town w Pucharze Ligi. Obie drużyny sprawiły niemałe kłopoty Kanonierom. Przed odpadnięciem z FA Cup uratował Arsenal Cesc Fabregas, a z jeszcze słabszym Ipswich udało się uzyskać rezerwowym tylko remis. W obu przypadkach potrzebne były rewanże. Wprawdzie bez większych kłopotów wygrane, ale sił jakie stracili Kanonierzy przez zlekceważenie rywala w pierwszym meczu, nikt nie zwrócił. Nie lepiej było też w następnej rundzie Pucharu Anglii z Huddersfield Town (2:1). Przed rewanżowym meczem znów uratował Kanonierów Fabregas. Podstawowy skład, a rezerwowy tak się różnił, że w Premier League Kanonierzy dość gładko odnosili zwycięstwa. M.in. z West Ham United (3:0) i z Wigan (3:0, pierwszy hat-trick Robina van Persiego w Arsenalu!). To umożliwiało zaciekłą walkę w lidze.


Luty, przewrotność i przekleństwo…


Miesiąc niechciany, ale i zapamiętany. Newcastle i Birmingham City – ojcowie porażki, katalizatory naszego upadku. Drużyny, z którymi nawet może sympatyzujemy. Nie, wtedy i przynajmniej do końca sezonu z niczym dobrym nam się nie kojarzyły. Popularne Sroki niestety oskubały nas ze wszystkiego, z wiary, z poczucia dokonania wielkich rzeczy, nawet z tak cieszącego słowa, jakim było: realność. W około 35 minut zburzyły wydawać się mogłoby solidny, uformowany z dobrego materiału fundament. Birmingham City, a w zasadzie finał Pucharu Ligi, miał dać o tym zapomnieć, miał dać po prostu pierwsze trofeum od niepamiętnych czasów, co sprawiłoby, że dalsze losy sezonu rozgrywane byłyby na o wiele większym luzie. To co miało dać komfort w dalszej „jeździe” uwidoczniło jeszcze bardziej problem Kanonierów, problem braku charakteru, stabilności. Możnaby rzec, że 180 minut obróciło Arsenal o 180 stopni, zniweczyło cały trud, jaki włożyli The Gunners w ten sezon, ale czy ów miesiąc był aż tak zły? Wygrana z Evertonem (2:1) na początku lutego, dobra odpowiedź po meczu z Newcastle, czyli zwycięstwo z Wolverhampton (2:0), czy kapitalne zawody na Emirates Stadium i wiktoria z Barceloną (2:1), która będzie zapamiętana przez najbliższe kilka lat. To pozwalało mieć jeszcze nadzieję, że londyńczycy wcale nie zakończą tego sezonu tak tragicznie.


Marzec – niepowodzeń ciąg dalszy


Zaczęło się wybornie. Rozłoszczeni przegraną w Carling Cup The Gunners wygrali w rewanżowym meczu z Leyton Orient 5-0. Nicklas Bendtner w tamtym spotkaniu zaliczył hat-tricka. Motywacji i chęci odkucia się na więcej jednak już nie starczyło. Remisy w lidze z Sunderlandem i West Bromwich Albion w znaczący sposób pogorszyły sytuacje w tych rozgrywkach. W marcu doszło również do rewanżu z Barceloną. Mimo słabej gry awans był blisko, ale nie udało się go uzyskać i Anglicy przegrali 3-1. Po porażce z Hiszpanami została Premier League i Puchar Anglii. W tych drugich rozgrywkach czekał Manchester United. Przybici porażką z Barceloną i wciąż nie dającym o sobie zapomnieć finale Carling Cup, Kanonierzy przegrali na Old Trafford (0-2). Została już tylko liga – stało się faktem.


Kwiecień i maj, czyli zaprzepaszczenie ostatniej szansy


Bez meczów w Lidze Mistrzów, w krajowych pucharach. Miało być znacznie łatwiej. Miało… Niestety Kanonierzy nie potrafili się otrząsnąć z tego, co wydarzyło się na przełomie lutego i marca. W kwietniu zwyciężyli tylko raz, z Blackpool (1-3), a w meczu ostatniej szansy z Liverpoolem w żałosny sposób zremisowali (1:1). Szanse nadal były, ponieważ United i The Blues bardzo często się potykali, ale kolejny podział punktów, tym razem z Tottenhamem (3:3) pozbawił Kanonierów wszelkiej nadziei.


W maju londyńczycy poprawili nieco humory kibicom, wygrywając z Manchesterem United (1-0). Szanse na mistrzostwo iluzoryczne, ale cały czas były. Przegrane ze Stoke City i z Aston Villą pogrzebały je już jednak całkowicie i z walki o mistrzostwo zrzuciły Kanonierów aż na czwarte miejsce w Premier League.


Czerwiec, lipiec, czyli czas pożegnań, przemyśleń i budowy…


To była bolesna lekcja. Po czymś takim nie można, a wręcz trzeba wrócić silniejszym! – Pomyśleli wszyscy Kanonierzy. Wszyscy, czyżby? Byłoby zbyt pięknie. Fabregas, Nasri, Clichy, Bendtner, Eboue mieli już dość posezonowych postanowień. Każdy miał swoją odrębną historię odejścia, ale bez wątpienia każdego też łączyła chęć zdobywania trofeów. Plany o wielkim odrodzeniu musiały więc zostać przełożone. Zraniony zespół należało budować od nowa, od nowa tworzyć projekt i jak to bywa podczas okienka transferowego, przewijała się masa różnych nazwisk. Najpierw został pozyskany Jenkinson, co trochę poddenerwowało kibiców. By ich uspokoić choć trochę, Wenger sprowadził Gervinho. Radość jednak trwała krótko. Czas mijał, a nowi piłkarze byli tylko wymysłem gazet. Kontrolne mecze też nie napawały optymizmem. Słabe spotkania w Azji, również nie najlepszy występ w Niemczech, czy kompromitacja podczas Emirates Cup.


Nowy sezon. Sierpień, czyli zbawienny impuls…


Nie było transferów, ale nowy sezon nie czekał. Ostatnim sparingiem było spotkanie z Benficą. Przegrane. I tak jak poprzednie, rozegrane w bardzo słabym stylu. To miało pobudzić zarząd do nowych transakcji, ale młodzi Alex Oxlade Chamberlain i Joel Campbell tylko rozzłościli dużą ilość kibiców. Ten pierwszy wszak od dobrych kilku miesięcy uznawany był za największy talent Wysp Brytyjskich, to jednak jego przybycie i również utalentowanego Kostarykańczyka niewiele zmieniało. Każdy oczekiwał wielkich piłkarzy, ale przed meczem z Newcastle takich się nie doczekał. Ba! Nawet dwumecz z Udinese wygrany z trudem, czy porażka z Liverpoolem nie ruszyły do przodu poczynań transferowych. Dopiero Manchester United…
Mecz w Teatrze Marzeń był spełnieniem dla Red Devils. 8 bramek, totalne rozszarpanie rywala, z którym kilka lat temu toczyło się najbardziej zacięte pojedynki, pierwsza taka porażka Wengera podczas 15 – letniego pobytu w Londynie. Można byłoby to porównać do mecz z Newcastle, czy z Birmingham City, z zeszłego sezonu i pewnie pod względem wielkości upokorzenia wszystkie te spotkania stoją na najwyższym miejscu w ostatnich latach, ale z dzisiejszej perspektywy pojedynek z Diabłami niewiele nam odebrał, a wręcz przeciwnie – dał. Dzięki niemu nastąpił zbawienny impuls. Wszyscy z zarządu otrząsnęli się, o wiele za późno, ponieważ nie było już czasu na przemyślenia, dogłębne analizy nowych piłkarzy, ale zdążyli na czas i nie doprowadzili do kompletnej kompromitacji, jaka mogła nastąpić w nadchodzących miesiącach, sezonie.


Wrzesień, czyli nic od zaraz…


8 straconych bramek w sumie dało… 8 nowych piłkarzy. Czy od razu byli zbawieniem? Nie, ale to oczywiste. Przybycie do klubu na ostatnią chwilę, aklimatyzacja to nie 3, 4 dni. We wrześniu żadne zwycięstwo nie przyszło z trudem, nawet 3:0 z Boltonem w 6. ligowej kolejce, a jak wiemy w tym miesiącu przytrafiła się jeszcze fatalna porażka z Blackburn (3:4). Były to ciężkie dni dla nowoprzybyłych, jak i starych piłkarzy.


Październik, czyli z wysokiego C, na końcu…


Październik rozpoczął się od wielkiego testu, od wielkich derbów z Tottenhamem (1:2). Kanonierzy jeszcze nie do końca zgrani, ale potrafili dorównywać Spurs, choć meczu nie wygrali. O zwycięstwie po raz kolejny zadecydował niesamowity strzał, wtedy Kyle’a Walkera. W żaden jednak sposób ta porażka nie zabiła The Gunners. Po tym spotkaniu ekipa Wengera odniosła pięć zwycięstw z rzędu. To napędzało niesamowicie drużynę, a ostatnie spotkanie w tym miesiącu z Chelsea było pokazem Kanonierów przez duże „K”, pokazem chyba najwyżej wygenerowanej mocy jaką posiada nowa drużyna. Na Stamford Bridge drugiego hat-tricka w swojej karierze w Arsenalu (i w tym samym roku!) zaliczył van Persie.


Listopad, czyli na dobrych obrotach…


W Lidze Mistrzów londyńczycy nie rozgrywali wielkich meczów. Pierwsze spotkanie w listopadzie to właśnie z Marsylią w Champions League zakończone bezbramkowym remisem. W Premier League było jednak już lepiej. 3-0 z West Bromwich, czy 2-1 z Norwich po superzawodach nastrajało pozytywnie. Później przyszedł rewanż z Borussią. Kolejny przeciętne spotkanie, ale dające awans, co przecież było najważniejsze w tych rozgrywkach. Na koniec został mecz z Fulham i Manchesterem City. Z dobrze zorganizowanymi Wieśniakami nie udało się zwyciężyć. Z The Citizens zagraliśmy w Pucharze Ligi. Wenger postawił na dość rezerwowy skład i niewiele brakło, by to się opłaciło, ale doświadczony i szeroki skład City nie pozwolił sobie jednak na porażkę i to on awansował.


Grudzień, czyli na właściwej drodze…


Dobrze rozpoczęliśmy ostatni miesiąc tego roku. 4-0 z Wigan, które kolejkę później urwało punkty Chelsea, czy Liverpoolowi. Trzy punkty w takim meczu tym bardziej cieszą. Później nastąpiła porażka, ale bez znaczenia z Olympiacosem, choć nie da się zapomnieć o kontuzji Andre Santosa z tamtego meczu. Następnie przyszło 125-lecie założenia klubu i mecz z Evertonem. Często jubilaci nie wytrzymują presji w takich spotkaniach, ale Robin van Persie w tamtym dniu nie zawiódł i pozwolił oglądać zwycięstwo Kanonierów jakże ważnej publiczności, która wtedy zasiadła na The Emirates. Po ekipie Davida Moyesa londyńczykom przyszło wyjechać do Manchesteru, by zagrać mecz z drużyną Manciniego. Spotkanie było bardzo wyrównane, ale indywidualności, jakich The Citizens posiada więcej przeważyły szalę zwycięstwa na stronę Błękitnych (0:1). Na końcówkę roku przyszły jak to w święta, jak to w Anglii, trzy mecze w bardzo krótkim odstępie czasu. W pierwszym z nich udało się wygrać z Aston Villą (2:1) w ostatnich minutach, po drużynie z Birmingham przyszły Wilki, ale Kanonierzy mimo doskonałej okazji na wskoczenie na 4 miejsce w lidze, okazji nie wykorzystali (1:1). Ostatnim z trzech i kończącym rok 2011 będzie dzisiejszy mecz z Queens Park Rangers.


Podsumowanie


Tak oto przedstawia się Arsenal. Arsenal, który niewątpliwie podzielił się na dwie drużyny, a przedstawione wyżej miesiące to dobitnie ukazują. Mianowicie, w jakich aspektach to widać? Ten dzisiejszy już nie jest tak bardzo finezyjny, gdy był Fabregas wystarczyło jedno podanie, które dawało bramkę, teraz, gdy Hiszpana nie ma na taką sytuację, jaką on wypracował jednym magicznym dotknięciem piłki potrzeba o wiele więcej nakładu pracy. Obecni Kanonierzy nie potrafią także na luzie zaaplikować kilku bramek rywalowi. Dla m.in. Cesca i Nasriego mecz miał być piękny, obfity w znakomite akcje. Dzisiejsi The Gunners nadal starają się to robić, tym bardziej gdy kapitanem jest świetnie wyszkolony technicznie van Persie, ale teraz główną myślą spotkania jest zwycięstwo, istotne mają być tylko trzy punkty, czyli to, co najważniejsze, to, co będzie się jedynie liczyło po 90 minutach gry. Opaska kapitana, tym także różnią się obie drużyny, a raczej jej właściciele. Arsenal sprzed wakacji można było złamać jednym golem, przy czym kapitan nawet nie wzruszył ramionami. Wszak były piękne momenty, kiedy Cesc ze złamaną nogą grał z Barceloną, ale w porównaniu z van Persiem, z tym, jak Holender wypełnia obowiązki boiskowego przywódcy, kapitanowanie Hiszpana wyglądało bardzo słabo. Atmosfera w szatni, trudna do sprawdzenia, ale teraz wydaje się być znacznie lepsza, zdrowsza. W poprzednich sezonach było za dużo niedomówień pod względem przyszłości niektórych piłkarzy. Obecnie może też są, ale nie zajmuje to tyle głowy samym piłkarzom, czy kibicom. Liczy się tylko piłka. Co natomiast łączy oba zespoły, co pozostało nierozerwalne mimo nawet dużej przebudowy podczas wakacji? Nadal niepewna gra w obronie, łatwość spychania się do niej, zerowy pressing, brak sytuacji przy stałych fragmentach gry, skrzydłowi z formą sinusoidy i jeszcze wiele pod względem technicznym.


Wnioski


Odmieniony Arsenal, ale jednocześnie to ten sam, bo przecież nadal prowadzony przez Wengera i jego praktycznie niezmienioną myśl. Pełen paradoksów, schematów, swojej niezaprzeczalnej indywidualności. Czy zdolny wrócić do czasów świetności? Te na pewno przynajmniej wspomnieniami odświeży wracający do Londynu - Thierry Henry, ale czy namacalnie Kanonierzy będą w stanie w nadchodzącym 2012 roku osiągnąć sukces? Można jedynie snuć hipotezy i za rok tu wrócić, by zweryfikować następne 366 dni.


Szczęśliwego Nowego Roku!

Liczba odsłon: 1220



Źródło: własne
http://www.musicessentials.pl

Twoja reklama tutaj? Napisz do nas: email lub gadu-gadu

Oceń tego newsa:

(2) Aktualna ocena: 5
on-line

t0my / Użytkownik

Dodanych komentarzy: 4307 9.01.2012 00:14

ProfilProfilProfil
<arsenal>
on-line

matys002 / Użytkownik

Dodanych komentarzy: 1 6.01.2012 15:01

ProfilProfilProfil
Mam nadzieje ze ten rok bedzie pełen sukcesów :D i zycze Arsenalowi tego!!
on-line

mahjong / Użytkownik

Dodanych komentarzy: 2549 2.01.2012 12:57

ProfilProfilProfil
Rok ciężki dla nas to był, jednakże i rok pełen ciekawych wydarzeń :)
on-line

Geer / Użytkownik

Dodanych komentarzy: 1950 31.12.2011 23:44

ProfilProfilProfil
"Przed odpadnięciem z FA Cup uratował Arsenal Cesc Fabregas"

"Przed rewanżowym meczem znów uratował Kanonierów Fabregas"

Dwa zdania, po których zrobiło mi się smutno. Może i Judasz z niego był, ale umiejętności miał...
on-line

Barciur / redaktor

Dodanych newsów: 809 / komentarzy: 97 31.12.2011 22:53

ProfilProfilProfil
"a z jeszcze słabszym Ipswich udało się uzyskać rezerwowym tylko remis."

Z Ipswich przeciez przegralismy.
on-line

lukas / Użytkownik

Dodanych komentarzy: 2277 31.12.2011 15:07

ProfilProfilProfil
Każdy kto jest na bieżąco widział to co w tym roku się działo i dzieje. Rok nadziei i rozpaczy. Nawet nie czytałem tego newsa. Każdy w swojej opinii wyciąga wnioski z tego roku. Teraz trzeba liczyć na to że nowy rok będzie lepszy niż poprzedni.

Sklep piłkarski Arsenal Londyn Nike

Labotiga.pl