Niedosyt - tylko tyle mogą odczuwać fani Arsenalu po wtorkowym meczu swoich ulubieńców z Olympique Marsylia. Choć to gospodarze kontrolowali grę i tworzyli sobie okazje strzeleckie, mecz ten zakończył się bezbramkowym remisem.
Tuż po rozpoczęciu tego pojedynku, można było odnieść wrażenie, iż grają ze sobą dwie całkowicie inne drużyny, niż przed dwoma tygodniami. W Marsylii gra była powolna, wręcz nudna, zaś na Emirates oba zespoły postanowiły pokazać, na co je stać. Było kilka groźnych akcji przyjezdnych, ale także kilka ataków gospodarzy. Ani z jednych, ani z drugich nie wyniknęło jednak nic szczególnego.
Motorem napędowym Arsenalu w tym meczu był bez dwóch zdań wszędobylski Gervinho, który raz po raz próbował przechytrzyć rywali jakimś niekonwencjonalnym zagraniem. Ci niestety nie dawali się nabierać na sztuczki Iworyjczyka, toteż z łatwością można dojść do wniosku, że piłarz lepiej by zrobił, gdyby odgrywał kilkę do kolegów nieco szybciej.
W 11. minucie gry doszło do pierwszej kontrowersji, która na pierwszy rzut oka nie wzbudzała żadnych podejrzeń. Otóż, dośrodkowanie pędzącego na skrzydle Andre Santosa, zablokował ręką Diawara. Sędzia bez obaw wskazał na rzut wolny, jednakże powtórki ewidentnie wychwyciły jego błąd - zawodnik z Francji dotknął piłki ręką w obrębie pola karnego.
Jedną z najlepszych okazji do wpisania się na listę strzelców miał w 22. minucie tego meczu bohater poprzedniego spotkania obu ekip - Aaron Ramsey. Choć młody Waliczyk dostał piękną piłkę od Andre Santosa, nie zdołał jej wykorzystać i zmarnował okazję, w której znajdował się sam na sam z bramkarzem przeciwników. Kapitan reprezentacji Smoków mógł zrehabilitować się za tę akcję chwilę później, lecz ten mecz zdecydowanie mu się nie układał. Pomocnik albo strzelał nader chaotycznie, albo zbyt długo zwlekał z oddaniem strzału, w związku z czym piłkę odbierali mu obrońcy.
Jak się okazuje, nie tylko Ramsey miał gorszy dzień. Dogodną sytuację bramkową miał również Park Chu-Young, lecz i on nie pozwolił sędziemu zanotować w protokole meczowym swojego nazwiska w rubryce strzelców goli. Akcja, o której mowa, została wypracowana Koreańczykowi przez trio Ramsey, Walcott, Gervinho.
Na 10 minut przed końcem pierwszej połowy, znów dała o sobie znać dziwna niemoc strzelecka Ramseya. Gervinho, czyli najjaśniejszy punkt zespołu Arsenalu w tym spotkaniu, podał mu piłkę, ponieważ nie był ustawiony w odpowiedniej pozycji do strzału, zaś wychowanek Cardiff City nie potrafił posłać futbolówki do siatki.
Gdy piłkarze wyszli na murawę na drugą część spotkania, wszyscy mieli zapewne nadzieję na zdobycie przez którąś z ekip gola. Cóż, na nadziejach się skończyło. Wyraźnie zarysowywała się przewaga The Gunners, a bezradni Marsylczycy co i raz byli zmuszani do działań w defensywie.
Serca kibiców Arsenalu zadrżały najmocniej po dwudziestu minutach od wznowienia gry. Wówczas właśnie doszło do nieporozumienia pomiędzy Thomasem Vermaelenem i Wojciechem Szczęsnym. Obaj panowie chcieli wybić piłkę po dośrodkowaniu Mathieu Valbueny, ale żadnemu z nich się to nie udało. Całe szczęście, Polak czuwał na posterunku i w następnej chwili mocno chwycił piłkę w ręce.
Obaj menadżerowie zadecydowali, że pora na zmiany. Na płycie boiska pojawili się zatem Robin van Persie, Tomas Rosicky, Andriej Arszawin, Morgan Amalfitano i Lucho Gonzalez. Jakkolwiek ze zmian przeprowadzonych przez Didiera Deschampsa można było wyłapać plusy, tak te ze strony Arsene'a Wengera nie wniosły do drużyny praktycznie niczego.
W 77. minucie gry Kanonierzy zmarnowali następną okazję bramkową. Tym razem świetnym podaniem popisał się Alex Song, ale Robin van Persie uderzył piłkę zbyt lekko, by ta mogła wpaść do bramki. Mandanda nie dał się przelobować i spokojnie ją wychwycił.
Goście bardzo chcieli, aby ostatnie słowo należało do nich tak samo, jak dwa tygodnie wcześniej do Kanonierów. Ich największym problemem był jednak Thomas Vermaelen, który z powodzeniem utrudniał im życie i z pomocą kolegów z zespołu, niwelował zagrożenie pod bramką, strzeżoną przez Wojciecha Sczęsnego.
Tak też zakończył się ten nieco rozczarowujący pojedynek, w którym działo się o wiele więcej, aniżeli w spotkaniu obu zespołów we Francji. Żadna z drużyn nie zdołała przechylić szali zwycięstwa na swoją stronę. Ani Arsene'a Wengera, ani jego podopiecznych, ani kibiców Arsenalu taki wynik na pewno nie zadowolił. Kanonierzy bowiem mieli może nie o wiele więcej sytuacji na strzelenie gola, lecz bez wątpienia były to sytuacje lepsze, niż po stronie ich rywali. Dla pocieszenia można jedynie dodać, że lepszy rydz, niż nic - jeden punkt to też jakaś zdobycz. Sam Arsene Wenger przecież stwierdził niedawno, iż zdobycie w dwumeczu przeciwko Marsylczykom czterech punktów, będzie sukcesem. Plan minimum wykonany?
Arsenal: Szczęsny, Jenkinson, Vermaelen, Mertesacker, Andre Santos, Song, Arteta, Ramsey (Rosicky 66'), Walcott, Gervinho (Arszawin 76'), Park (Van Persie 62').
Ławka rezerwowych: Fabiański, Koscielny, Djourou, Rosicky, Benayoun, Arshavin, Van Persie.
OM: Mandanda, Fanni, Djawara, N'koluou, Morel, Diarra, Valbuena (Lucho Gonzalez 74'), Cheyrou, J. Ayew, A. Ayew (Gignac 84'), Remy (Amalfitano 68')
Ławka rezerwowych: Bracigliano, Azpilicueta, Traore, Lucho Gonzalez, Kabore, Amalfitano, Gignac.
Żółte kartki:
Rosicky - Diarra










"Van Persie i Manchester City? To pytanie nie może istnieć, ponieważ nie można zakontraktować ot tak nikogo z obowiązującym kontraktem." 































