Równo o 14:45 czasu polskiego rozpoczął się pierwszy mecz Arsenalu od ponad miesiąca. Przeciwnikiem The Gunners była reprezentacja Malezji, a samo spotkanie odbywało się na Bukit Jalil Stadium w Kuala Lumpur.
Przypomnijmy, że do Azji z zespołem nie polecieli między innymi: Cesc Fabregas, Łukasz Fabiański, Emmanuel Eboue oraz Abou Diaby. W składzie za to pojawiły się takie nazwiska, jak: Ryo Miyaichi czy Carl Jenkinson.
Kibice Kanonierów już zdążyli z pewnością przywyknąć do ofensywnego od samego początku meczu przysposobienia ich ulubieńców, więc pierwsze kilka minut raczej ich nie zadziwiło.
Już w piątej minucie spotkania po ładnej, zespołowej akcji, w polu karnym sfaulowany został Jack Wilshere. Sędzia wobec tego wskazał na jedenasty metr, a rzut karny na bramkę zamienił Aaron Ramsey. 1-0!
Chwilę po tym mogło być już 2-0. Idealnym podaniem na prawą stronę boiska popisał się Wilshere, jednakże Walcott nie zdołał oddać celnego strzału z ostrego kąta.
Kibice Malezyjczyków doczekali się pierwszej groźnej akcji swoich ulubieńców po ośmiu minutach od rozpoczęcia meczu. Mimo dość nieoczekiwanie przejętej inicjatywy, Wojciech Szczęsny był skoncentrowany i nie pozwolił się pokonać. Od razu też zagrał piłkę do Kierana Gibbsa. Ten z kolei podał ją Ryo Miyaichiemu, który natychmiastowo rzucił się do ataku. Został zatrzymany dopiero przed samym polem karnym przeciwnika.
Właśnie wspomniana ósma minuta zapoczątkowała dominację gospodarzy. Nie trwała ona jednak długo, nie była też imponująca.
Piłka rozgrywana była głównie w środkowej części boiska, a żaden z zespołów nie kwapił się zbytnio do ataków. Kiedy wreszcie Kanonierzy zbliżali się do bramki rywali, zwykle wykonywali zbyt dużo podań i nie kończyli akcji strzałami.
W 24. minucie owa nonszalancja mogła się na nich zemścić. Jeden z piłkarzy Malezji posłał piłkę w kierunku bramki Wojciecha Szczęsnego z około 30 metrów, zaś ta o mały włos nie wpadła mu "za kołnierz". Na szczęście polski bramkarz miał się na baczności i zdołał wybić futbolówkę na rzut rożny.
Siedem minut po tym zdarzeniu, swoją okazję na podwyższenie wyniku znów mieli podopieczni Arsene'a Wengera. Theo Walcott dośrodkował piłkę w pole karne, gdzie głową trącił ją Thomas Vermaelen. Mimo całkiem dobrego strzału, nie zdołał umieścić jej w siatce.
W minucie numer 38 padł drugi gol. Aaron Ramsey zaimponował idealnym podaniem ze środka pola, które skierował wprost do Theo Walcotta. Anglik bez najmniejszych problemów przelobował malezyjskiego bramkarza. 2-0!
Do końca pierwszej połowy tempo spotkania utzrymywało się na równym poziomie. Jedną z najlepszych okazji na skierowanie piłki do bramki miał Marouane Chamakh, jednak nie zdołał tego uczynić. Sędzia wkrótce zakończył pierwszą odsłonę meczu, w której z dobrej strony pokazali się debiutanci, a więc Ryo Miyaichi oraz Carl Jenkinson. Tym, który zawiodził najbardziej, był Marouane Chamakh.
Po przerwie na boisku mogliśmy zobaczyć gro nowych twarzy. Boss pozostawił na boisku Ramseya, Jenkinsona i Miyaichiego, natomiast resztę zawodników, grających od pierwszych minut zastąpili: Mannone, Traore, Squillaci, Djourou, Denilson, Frimpong, Rosicky i Vela.
Malezyjczycy wznowili grę i od razu mogli zdobyć kontaktową bramkę. Na szczęście na posterunku trwał czujnie Vito Mannone.
W 52. minucie po raz pierwszy w tym meczu pokazał się Carlos Vela. Meksykanin odegrał piłkę Aaronowi Ramseyowi, ale ten nie wykorzystał okazji sam na sam z bramkarzem.
Meksykański napastnik jednak był dziś bardzo zmotywowany i ani myślał odpuścić. Po sześciu minutach sam znalazł się w dogodnej okazji do strzału i wykonał to, co uwielbia najbardziej - przelobował bramkarza, dając Kanonierom kolejne trafienie. 3-0!
Praktycznie minutę po strzeleniu bramki, napastnik miał okazję powtórzyć swój wyczyn. Futbolówkę w pole karne świetnie dośrodkował Jenkinson, lecz Meksykanin tym razem nie pokonał golkipera reprezentacji Malezji. Jego strzał głową był zbyt słaby, by móc zagrozić przeciwnikowi.
Przez kolejne 10 minut gra znów przeniosła się w środkową część boiska. Ani jedna, ani druga drużyna nie pokazała w tym czasie niczego szczególnego.
W 70. minucie Carlos Vela postanowił ponownie zaprezentować swoje umiejętności. Dzięki jego dryblingowi bramkarz bezradnie padł na ziemię, a napastnikowi pozostało tylko skierować futbolówkę do bramki. Nieoczekiwanie nie zrobił tego, gdyż w ostatniej chwili wybił ją z linii bramkowej defensor z Malezji.
Kwadrans przed końcem spotkania na boisku pojawiły się największe gwiazdy Arsenalu, a więc: Robin van Persie, Samir Nasri, Bacary Sagna i Andriej Arszawin. Zmienili oni Denilsona, Ramseya, Miyaichiego oraz Jenkinsona.
Po kilku minutach gry van Persie wypracował kolegom dogodną sytuację. Wszedł z piłką w pole karne przeciwnika i przerzucił ją na jego drugą stronę, gdzie czekał Carlos Vela. Meksykanin za to znalazł Tomasa Rosicky'ego, który choć strzelił, zrobił to bardzo, bardzo niecelnie.
Czech jednak dopiął swego tuż przed końcem meczu, kiedy to piłkę dograł mu Andriej Arszawin. Rosicky wykończył zagranie kolegi głową, ustalając wynik spotkania na 4-0.
Arsenal: Szczęsny, Jenkinson, Gibbs, Koscielny, Vermaelen (c), Wilshere, Song, Ramsey, Miyaichi, Walcott, Chamakh
Ławka rezerwowych: Mannone , Sagna, Squillaci, Djourou, Traore, Nasri, Rosicky, Denilson, Frimpong, van Persie, Vela, Arshavin
Bramki: Ramsey 5', Walcott 37' (Ramsey), Vela 58', Rosicky 89' (Arszawin)










"Van Persie i Manchester City? To pytanie nie może istnieć, ponieważ nie można zakontraktować ot tak nikogo z obowiązującym kontraktem." 































