Dzisiaj jest sobota, 19 maja 2012 roku
on-line: 31
http://footballteam.pl/index.php?partner=ARS

Finał FA Cup 1971

A A A

Mecz:: Arsenal - FC Liverpool
Stawka:: Finał Pucharu Anglii
Data i miejsce:: 08.05.1971, Wembley
Widzów:: 100 000
Sędzia:: Norman Burtenshaw
Rezultat:: 2:1 dla Arsenalu (0:0, 0:0, 2:1)
Strzelcy:: Kelly 101, George 111 - Heighway 92


Skład Arsenalu:: Bob Wilson - Pat Rice, Bob McNab, Peter Storey (70. Kelly), Frank McLintock (k), Peter Simpson, George Armstrong, George Graham, John Radford, Ray Kennedy, Charlie George

Skład Liverpoolu:: Ray Clemence - Chris Lawler, Alec Lindsay, Tommy Smith(k), Larry Lloyd, Emlyn Hughes, Ian Callaghan, Alun Evans (70. Thompson), Steve Heighway, John Toshack, Brian Hall



Spotkaniem Arsenalu z Liverpoolem w finale Pucharu Anglii z roku 1971 rozpoczynamy na łamach naszego serwisu nową, zupełnie unikatową i niespotykaną w internetowym środowisku futbolowym, serię wydawniczą pt. "Niezapomniane mecze Arsenalu". Jak sama nazwa wskazuje będzie ona dotyczyła spotkań "Kanonierów", które przeszły do historii naszego Klubu. Od razu pragniemy zastrzec, że nie będą to tylko mecze zwycięskie, w kolekcji znajdą sie również spektakularne porażki naszej drużyny.


Na pierwszy ogień rzucamy jeden z najwspanialszych pojedynków w dziejach Arsenalu - wielki finał FA Cup z 1971 roku, który zakończył się wygraną "Kanonierów" 2:1, dzięki czemu po raz pierwszy w naszej historii mogliśmy świętować zdobycie dubletu, gdyż dokładnie pięć dni wcześniej, 3 maja 1971 roku, zespół prowadzony przez menedżera Bertie Mee zapewnił sobie tytuł mistrzowski, wygrywając w ostatniej ligowej kolejce na White Hart Lane z Tottenhamem 1:0. To już jednak materiał na zupełnie inna opowieść.


8 maja 1971 roku był dniem bardzo słonecznym, nad Wembley, które miało tego dnia gościć dwa najlepsze brytyjskie zespoły nie było żadnej chmurki. Przy takiej to wspaniałej pogodzie i obecności 100 tysięcy rozentuzjazmowanych kibiców, przyszło zmierzyć się nowemu mistrzowi Anglii - Arsenalowi z wielkim Liverpoolem. "Kanonierzy", podobnie jak ich rywale, przystąpili do tego spotkania w praktycznie najmocniejszym możliwym składzie. Dla formalności dodam, że podopieczni Bertie'ego Mee wystąpili w żółtych koszulkach i niebieskich spodenkach, natomiast zawodnicy z Anfield Road w całych czerwonych strojach.


Początek spotkania to wielka dominacja Liverpoolu, który zamykał "Kanonierów" w ich polu karnym, jednak niewiele z tego wynikało, gdyż defensywa naszego klubu była bardzo szczelna. Od czasu do czasu Arsenal wyprowadzał kontry, głównie piłki kierowane były do Raya Kennedy'ego, który jednak nie potrafił ich skutecznie wykończyć. Z czasem spotkanie wyrównało się, by wkrótce to "Kanonierzy" osiągnęli przewagę nad "The Reds" i gwoli prawdy, nie oddali oni już inicjatywy do końca tego spotkania.





Do przerwy nie padł żaden gol, mieliśmy bezbramkowy remis, chociaż powinniśmy prowadzić, gdyż kilka minut przed gwizdkiem sędziego kończącym pierwsze 45. minut meczu, znakomitą sytuację miał Armstrong, którego strzał głową z kilku metrów znakomicie wybronił Clemece. Tak więc końcówka pierwszej części gry mogła napawać optymizmem przed drugą połową, którą rozpoczęli ze środka boiska zawodnicy Arsenalu.


Od początku dominowali tym razem "Kanonierzy", którzy raz po raz wrzucali groźne piłki z bocznych sektorów boiska w pole karne Liverpoolu. W bramkę nie potrafili wcelował jednak z dogodnych pozycji George Armstrong oraz bardzo nieskuteczny tego dnia - Ray Kennedy. Podobał się mógł zwłaszcza George Graham, który dyktował tempo gry i od czasu do czasu szarżował z piłką między zawodnikami rywali. Co najciekawsze jednak, gra podopiecznych Bertie'go Mee momentami przypominała tej preferowanej przez Arsene Wengera, czyli opartej na krótkich, szybkich podaniach.


Zagrożenie pod bramką Clemence'a stwarzaliśmy również po stałych fragmentach gry, zarówno rzutach rożnych jak i wyrzutach z autu. Jeden z nich omal nie zakończył się golem, gdy strzał głową George'a Grahama, z bliskiej odległości, wspaniale wybronił goalkeeper "The Reds". Właśnie Graham przy takich okazjach, jak rzuty rożne, siał największy postrach w szeregach rywali, z racji swojego wzrostu i niezwykłych umiejętności gry głową.


Takim oto sposobem dotarliśmy do końca regulaminowego czasu gry. Pomimo przewagi Arsenalu wynik był bezbramkowy. Dogrywka zapowiadała się arcyciekawie i taka też była, głównie za sprawą Steve Heighwaya, który już na jej początku zdobył gola strzałem w krótki róg, wykorzystując błąd Boba Wilsona, który w tym spotkaniu nie miał zbyt wiele pracy.


Bramka dla "The Reds" nie załamała jednak naszych zawodników, szczególnie ważną rolę odegrał przy tej okazji Frank McLintock, nasz charyzmatyczny kapitan, który podniósł zespół z kolan i zachęcił do dalszej walki. Trzeba przyznać, że miał on niesamowity posłuch w drużynie. Jak się okazało jego motywacja wspomogła kolegów, którzy wkrótce potem odwrócili losy spotkania.



--------------- WYPOWIEDZI ZAWODNIKÓW ---------------


Bob Wilson: "Muszę przyznać, że to zdecydowanie ja popełniłem błąd przy stracie bramki, to był strzał, który powinienem był obronić. Jednak potem pokazaliśmy jeszcze raz jak wspaniałą drużyną jesteśmy wygrywając ten mecz. Frank McLintock to zdecydowanie najlepszy kapitan jakiegokolwiek miałem. Był bardzo impulsywny, miał taką naturę, co udzielało się wszystkim nam na boisku."


John Radford: "George [Graham] cieszył się z wyrównującego gola bardzo, tak jakby to on strzelił. Jednak on doskonale wiedział, że to nie on był jego zdobywcą."


George Graham: "Sam na początku myślałem, że musnąłem chociaż piłkę, tak jak wszyscy na boisku, dlatego tak bardzo się cieszyłem. Myliłem się. Najważniejsze jednak jest to, że w końcu wygraliśmy i zdobyliśmy upragniony dublet."


Charlie George: "Dostałem piłkę kilka metrów przed polem karnym. Nie zastanawiałem się zbyt długo i postanowiłem uderzyć na bramkę. Byłem pewien, że to może być dobry strzał i takim się faktycznie okazał. Po zdobyciu gola byłem w szoku, nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić, jak fetować jego strzelenie i ... postanowiłem szczęśliwy."





John Radford: "W całym meczu to my dominowaliśmy zdecydowanie. Po obejrzeniu, kilka razy, powtórek z tego meczu na video zdałem sobie sprawę, że powinniśmy wygrać 4:0 lub 5:0. Nawet po tym gdy oni na strzelili bramkę mieliśmy jeszcze trzy, cztery naprawdę dogodne okazje, które na szczęście wykorzystaliśmy."


Frank McLintock: "Po końcowym gwizdku byłem niezwykle szczęśliwy, ale nie miałem się by to okazał, bo to był naprawdę morderczy sezon. Wiedziałem, że zdobyliśmy dublet - jako druga drużyna w XX wieku w Anglii - ale nie potrafiłem się z tego cieszyć, tak jakbym chciał. W całym sezonie rozegrałem 66 oficjalnych spotkań, od pierwszej do ostatniej minuty, nigdy nie byłem zmieniony. Dodatkowo zagrałem w sześciu meczach sparingowych przed rozgrywkami, co daje liczbę aż 72 meczów. Będąc kapitanem w każdym meczu musiałem dawać z siebie wszystko, krzyczeć na kolegów, nawoływać do walki czy pomagał im w zmianach taktycznych jakie trener robił w czasie trwania spotkania. To wszystko kosztowało bardzo wiele. Stąd brak mojej spektakularnej radości przy wzniesieniu Pucharu Anglii, nie miałem po prostu na to siły."



-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------



Jeszcze przed końcem I części dogrywki "Kanonierzy" doprowadzili do wyrównania, zdobywając jakże zasłużonego gola. Jednak zanim do tego doszło Liverpool mógł podwyższył prowadzenie. W polu karnym nie pokryty został Brian Hall, którego strzał instynktownie wybronił Wilson. W tym okresie z trybun dało się słyszeć tylko kibiców "The Reds", którzy bardzo głośno dopingowali swoich zawodników, śpiewając nawet klubowy hymn "You'll Never Walk Alone". To jednak na nic się zdało w 101 minucie, gdy Eddie Kelly, w zamieszaniu pod bramką rywali, doprowadził do remisu. Początkowo wszystkim wydawało się, że to fetujący bramkę dla Arsenalu, George Graham zdobył gola. Powtórki telewizyjne wykazały jednak, że to szkocki pomocnik Kelly ostatni dotknął piłki w zespole z Highbury.


Po zdobyciu wyrównującego gola Arsenal dążył do zdobycia zwycięskiego, musiał jednak uważać na kontry Liverpoolu, szczególnie groźny był John Toshack, który żadnym zwodem potrafił minąć naszych obrońców. Z czasem coraz większe zmęczenie zaczęło dawać znać o sobie, gdyż oba zespoły grały z pominięciem środkowej linii, próbując jak najszybciej przedostać się pod pole karne rywala.


Decydujący o zwycięstwie gol padł jednak po żadnej dwójkowej akcji Johna Radforda i Charliego George'a. Ten ostatni, 20-letni napastnik "Kanonierów", w końcu zdecydował się na uderzenie zza pola karnego, które znalazło miejsce w siatce. Arsenal prowadził 2:1 w finale FA Cup! Pomimo naporu przeciwników drużyna Bertie'go Mee nie oddała prowadzenie do końca tego spotkania.


Takim oto sposobem Arsenal zdobył Puchar Anglii, który wzniósł chwilę po zakończeniu pojedynku w geście zwycięstwa kapitan Frank McLintock. Zwycięstwo nad Liverpoolem zapewniło tej drużynie, tym piłkarzom, stałe miejsce w historii naszego Klubu. Wszystkim wtedy wydawało się, że kolejne sukcesy są pewne i przyjdą w następnych sezonach. Tak się jednak nie stało. Na następny Puchar Anglii czekaliśmy do 1979 roku, a mistrzostwo kraju aż do 1989 roku, gdy już pod wodzą George'a Grahama Arsenal wydarł w ostatniej kolejce tytuł...Liverpoolowi.




SKRÓT Z FINAŁOWEGO SPOTKANIA O PUCHAR ANGLII 1971




Opracowanie: Michał

Liczba odsłon: 375

Sklep piłkarski Arsenal Londyn Nike

Labotiga.pl